Dawna stolica Syjamu – Ayutthaya

 Po rozpoczęciu naszej podróży i pierwszych dniach pobytu w stolicy Tajlandii nasze „kroki” skierowaliśmy w kierunku północnym, do niedużej, miejscowości Ayutthaya (XIVw.), 80 km na północ od Bangkoku. Podróż pociągiem trwała zaledwie 2 godziny i była atrakcją samą w sobie. Bilet dla dwóch osób kosztował 30 batów, czyli 3 zł. W pociągu okna są pootwierane, na sufitach wiszą wiatraki. Przysiadła się do nas Tajska rodzina, która nie mówiąc nic po angielsku z wszelką cenę chciała upewnić się czy nie potrzebujemy pomocy, czy jedziemy w dobrym kierunku, czy wiemy gdzie wysiąść. Po wymianie uprzejmości pociąg ruszył. Pierwsze wrażenie było takie, że zaraz wylecimy z torów. Po chwili jednak do wszystkiego się przyzwyczailiśmy, ponieważ to co widać było za oknem rekompensowało niedogodności. Zieleń Tajska rośnie tak bujnie – nawet w mieście, że wciska się do okien soczystymi liśćmi i kwiatami. Gdyby ktoś zgłodniał – w pociągu pełen serwis. Obwoźni sprzedawcy mają kurczaki, owoce, soki, chipsy, ryż.

Gdy wysiedliśmy na dworcu po minucie nieznajomi Tajowie na migi pokierowali nas w dzielnicę, w której można znaleźć nocleg za 100 batów/os. Po zakwaterowaniu wypożyczyliśmy rowery i rozpoczęliśmy zwiedzanie. 35stopniowy upał i wilgotność już nam nie przeszkadza. Ayutthaya jakby była wyspą, okolona jest rzeką i poprzecinana kanałami co sprawia, że klimat jest bardzo łagodny. Kiedyś wszyscy jej mieszkańcy żyli na łodziach, teraz część z nich żyje jak my w Polsce, a część mieszka w domach na palach. Wszędzie rosną drzewa, które dają chłód, a wodę porastają lotosy. Dawna stolica Syjamu słynie ze starodawnych świątyń i pięknych posągów Buddy, który raz leży wygodnie, innym razem medytuje z zamkniętymi oczami. Odwiedzający go turyści przynoszą mu kwiaty, kadzidła i świece, niektórzy przyklejają do posągów płatki złota oddając cześć jego majestatowi.

Gdy dalej ruszyliśmy rowerami, nagle z za rogu wyłonił się słoń. Prawdziwy, wielki, ciężki słoń. Na grzbiecie miał przymocowane siodło z baldachimem, na głowie siedział mu poganiacz. Okazuje się, że podróż na tym zwierzu jest tu jednym z środków zwiedzania miasta. Słonie jedzą 150 kg dziennie, pachną nieciekawie, ale ich ruchy, oczy i to jak operują trąbą sprawiają, że według nas są jednymi z najpiękniejszych zwierząt.

Oprócz świątyń i stup planowaliśmy odwiedzić tu pływający targ. Jednak po dotarciu do niego okazało się że większość jego terenów jest już pod wodą. Mimo to porzucone łodzie, dachy z bambusów i liście lotosu zrobiły na nas niemałe wrażenie. Po długiej jeździe rowerem przyszedł czas na obiad. Za ok. 12 zł. zakupujemy na targu kurczaka, ryż i owoce Longan (smocze oko), siadamy nad rzeką i obserwujemy odpływające łodzie. Tutejsze jedzenie łączy w sobie wiele smaków: począwszy od trawy cytrynowej, mleka kokosowego i ostrej papryki, po owoce morza, ryby w każdej postaci i ryż podawany na tysiące sposobów.

Po tej uczcie udaliśmy się na chwile relaksu w parku. Tajowie codziennie o zachodzie słońca schodzą się tam by uprawiać jogę, Tai Chi, lub pobiegać czy pograć w Zośkę. Tak było i tym razem.

Ostatnią atrakcją pobytu w mieście był tajski masaż. Godzina relaksu, pachnące olejki, panie chodzące po plecach. Niesamowitym przeżyciem był też masaż głowy. Po tym doświadczeniu czujemy, że poruszone i rozciągnięte zostały wszystkie nasze mięśnie.

Jak do tej pory wszystko w Tajlandii jest nowe, inne, zaskakujące i tanie. Przemili ludzie sprawiają, że podróżowanie jest proste. Nasz kierunek: północ. Zobaczymy co przyniosą kolejne dni. Zmierzamy do Parku Narodowego Khao Yai.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s