Chłód Północy…

No to w góry Kochani! Z Bangkoku – stolicy Tajlandii pokonaliśmy już ponad 1 200 km autobusami i pociągami. Tu nie panują już południowe upały: w dzień jest tylko 30 stopni, w nocy… ok 8… średnia dzienna amplituda to ok 25 st. Powiało chłodem, w końcu to góry.

Doi Pui National Park (12)Przemierzyliśmy długą drogę autobusem przez świetne drogi Tajlandii. Z Parku Narodowego Khao Yai przedostaliśmy się do Chiang Mai – które jako drugie po Bangkoku miasto nazywane jest ZŁOTYM. I nie bez powodu. Nas zachwyciły piękne świątynie, kolejny leżący Budda i wielu mnichów na ulicach. Chiang to bardzo duże miasto (nowa część) z małą, urokliwą starówką, otoczoną rzeką. Rowerem można objechać najciekawsze punkty. Tak też zrobiliśmy. Znużeni snuciem się po mieście, jedzeniem najlepszego Pad Thai i Noodle Soup z kurczakiem zdecydowaliśmy się na krótką pogawędkę z… mnichem. Dowiedzieliśmy się, że jest takie miejsce pod świątynią gdzie mnisi chcący uczyć się angielskiego chętne odpowiadają na wszystkie pytania. Jak się okazuje: mnichem może zostać każdy, niezależnie od wieku, posiadania rodziny, koloru skóry czy przeszłości. Bowiem dla buddystów liczy się to co tu i teraz. Siła teraźniejszości. Jeśli teraz będziesz postępował dobrze to twoja przeszłość będzie piękna a przyszłość dobra, No i najważniejsze: odpychać złe myśli, zmartwienia, wyrzuty i snucie planów. Jak? Ano medytując, myśląc o niczym…

Czy znajdziemy oscypek?

Mae Sariang (18)

Nie wiem czy to buddyjskie otoczenie czy zwyczajne bycie w podróży zmieniło nasz sposób myślenia tak szybko: mocno musimy się nagłowić, który jest dzień tygodnia, czas nie jest cykliczny/tygodniowy, ale jakby ponawlekany na nitkę, ciąg poszczególnych dni. Zatopiliśmy się w chwili obecnej. Próbując utrzymać ten stan przenieśliśmy się do Tajskiego Zakopanego… Mae Sariang. Mieścina miała być zanurzeniem się w naturę i spokój a tymczasem doznaliśmy cenowego szoku, hałasu i braku atrakcji na miejscu. Wynajęliśmy więc skuter by uciec kilkadziesiąt kilometrów za miasto. Brak mapy, kręte, górskie drogi i tylko małe strzałki co jakiś czas przy drodze z wizerunkiem wodospadu. Ale nasz nos włóczykija nas nie zawiódł. Dojechaliśmy do mikroskopijnej wioski z której rolnicy pokierowali nas do ścieżki pośród kilku drzewek. A stamtąd godzinna, stroma ścieżka w dół z… 7 wielkimi wodospadami i co dla nas najważniejsze: ZERO innych turystów. Coś cudownego.

Mae Sariang (3)

Inny cud spotkaliśmy szukając gorących źródeł. Przed wejściem na ścieżkę Pani chciała sprzedać nam 2 surowe jajka, odmówiliśmy na migi zdziwieni propozycją… Naiwnie myśleliśmy, że pomoczymy się w źródełkach, ale nie wiem jak zareagowałyby nasze ciała na 80 stC! Szkoda, że przynajmniej nie zrobiliśmy tych jajek na twardo… HAHA!

Wreszcie to czego szukaliśmy…

Ciszę, spokój i urok północnej Tajlandii odnaleźliśmy w końcu w Mae Hong Song. Choć początki nie były za ciekawe. Czterogodzinna podróż lokalnym autobusem za 10 PLN, bez okien i innych białych ludzi okazała się testem wytrzymałości dla naszych pełnych brzuchów. Uwierzcie mi: rodzice zabierali mnie kiedyś na wesołe miasteczka, karuzele i inne ustrojstwa, ale to co przeżyliśmy w drodze krętej jak wąż boa zapamiętają na długo wszystkie nasze wewnętrzne narządy🙂

Do mae sariang

Za 20 PLN wynajmujemy nad miejskim jeziorkiem pokoik z materacem na podłodze, gekonami na ścianach i jednym karaluchem w gratisie. No i wreszcie za 3 zł/kg właścicielka robi nam pranie…🙂 Pierwszy dzień spędziliśmy na obżarstwie i włóczędze, a na koniec Thai Chi w parku pod domem. Żyć nie umierać! 25 stycznia wynajęliśmy skuter, a efekty wyprawy możecie podziwiać w galerii.

Ludzie zamknięci w ZOO?

Przedzierając się drogą szutrową przez wzgórza dotarliśmy do wioski plemienia Karen Padang – kobiet o długich szyjach. Okazało się, że w danym momencie jesteśmy jedynymi turystami w wiosce.Kobiety, które zamieszkują z rodzinami tę drewnianą wioskę, są uchodźcami z Birmy, na których Tajlandia nieźle zarabia. Na wstępie zapłaciliśmy po 250 BTH (ok. 25 PLN) za wejście. Z części tych środków utrzymywana jest wioska. Być może dlatego, że naoglądałam się programów o tych kobietach, albo z jakiegoś nieznanego powodu miałam łezkę w oku kiedy tam weszliśmy, czułam się nieswojo, jak bym widziała rezerwat dzikich zwierząt, chodzące atrakcje. Z jednej strony wiem, że mają tu lepszy los niż w Birmie, ale czy w takich okolicznościach noszone przez nich obręcze są autentyczną tradycją czy też płatną atrakcją, która ma tu przyciągnąć rzeszę ludzi z dolarami…

Wioska kobiet z długimi szyjami (7)By chociaż trochę uspokoić wątpliwości kupiłam bransoletkę ze słoniem i ręcznie robiony szal. Wstydziłam się wyciągnąć aparat, a one uśmiechnięte mówią: Photo OK! Kilka zdjęć i po krzyku. O obręczach krążą legendy, że niby ich zdjęcie powoduje złamanie karku i śmierć. Nic z tych rzeczy, złoty drut zawijany wokół szyi optycznie ją wydłuża, ponieważ obniżają się ramiona i deformują nieco obojczyki, w sumie nic strasznego. Historia głosi, że dawniej zakładano obręcze by ustrzec od ugryzienia tygrysa… kto wie…?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s