Autobusem po Tajlandii

Tuk Tuk w bangkoku_jedna z droższych opcji przemieszczania się

Jak na karuzeli, z suszarką przy głowie, na imprezie z Disco Polo, w lodówce…. te określenia dotyczą tego samego doświadczenia: transportu w Tajlandii. Jedno co bez dwóch zdań trzeba przyznać Tajom: drogi mają świetne. Gdyby nie częste przystanki na drogach i opóźnienia to jeździłoby się całkiem sprawnie. My korzystamy z lokalnego transportu i z reguły zawsze jesteśmy jedynymi białasami na trasie. Wsiadamy do autobusu za 16 pln, na wejściu dostajemy batonika i ręczniczek do twarzy, trasa wiedzie przez centralną Tajlandię/8 godzin (Pak Chong-Chiang Mai). Po chwili z głośników wydobywa się głośna muzyka, a na tv multikolorowy obraz koncertu Tajskich idoli, którzy wyglądają jak wyjęci z Disco Relax. Różowe garnitury, mieniące się złotem suknie… generalnie na bogato. Kiedy sądziliśmy, że kierowca spostrzegł się, że jest ciut za głośno, on zwyczajnie podkręcił regulator o połowę w górę i dalej jazda, huk był niemiłosierny, o ile mogliśmy znieść piosenki o tyle pokrzykiwania w trakcie zapowiedzi przekraczały granice naszej odporności. Zrobiło się już ciemno i naprawdę bardzo chłodno w środku. Wszyscy Tajscy podróżnicy (my również) zakręcili wywietrzniki chłodzenia. Mimo to zimno dmuchało tak bardzo, że plastikowe panele nad nami oszroniły się. Tak więc mieliśmy namiastkę polskiej zimy🙂

 Autobus do chiang mai i gustowne firanki

W górach przyszła kolej na miejscowy autobus: trasa 230 km, przez góry, czyli 5 godzin (10 pln Chiang Mai-Mae Sariang). Siedzonka przystosowane do Tajskich rozmiarów, więc nasze długie kopytka wyczyniały wygibasy by jakoś się usadowić. Kierowca wyglądał jak bohater Miami Vice, obserwował nas bacznie całą drogę. Wewnątrz autobusu wszystkie ściany i „plecy” siedzeń są wykonane z polerowanej/ lusterkowej blachy. To sprawia, że czerwień skórzanych foteli odbija się wszędzie tworząc nieco burdelowy klimat, nad głowami małe wiatraki, wszystkie okna otwarte. Jest 13:00 – upał. Gdy autobus wyjechał z miasta mijaliśmy po drodze piękne wzgórza i małe miasteczka. Sądziliśmy, że trasa zajmuje tak długo, bo autobus to stary rzęch, ale okazało się że oprócz resorów nic mu nie brakuje pod maską, a kierowca wykorzystuje to nie tylko na każdej prostej. Z okien wiało tak, jakby ktoś trzymał wielką nawiewnice tuż przed naszą twarzą. Okryci szalikami podziwialiśmy widoki. Mimo, że jest tu pora sucha, ichniejsza zima i nie padało już od 11 tygodni to zieleń jest bujna, miejscami na szczytach robi się złotawo czerwona, przypominając polską złotą jesień.

Ta podróż to była bułka z masłem… Jazda zaczęła się dopiero na ostatnim odcinku, na którym wyrażenie: linia prosta, zwyczajnie nie istnieje. Serpentyny wiły się bez końca, a kierowca nie zamierzał zdejmować nogi z gazu. Rozkład obowiązuje i o dziwo nie było żadnych opóźnień. Mimo, że droga kręta jak wąż Boa, nie ma żadnych poręczy, drążków – nic czego można się złapać by nie wylecieć z siedzenia, tak więc zaparci nogami, trzymający się zagłowia poprzedniego rzędu pokonywaliśmy góry. Brak resorów najbardziej doskwierał żołądkom, a banany które wzięliśmy na drogę, czekały spokojnie w plecaku. Pomysł by przespać drogę okazał się najgorszym, z zamkniętymi oczami błędnik wariuje jak na rodeo, a w pozycji półleżącej wszystkie narządy zmieniają swoje położenie. Kilka prób skończyło się na tym że w końcu zleciałam z siedzenia. Mario w tym czasie obserwował leżące z tyłu siedzenie, by nie wyleciały przez otwarte na stałe drzwi.

Można by pomyśleć, że taka jazda jest męcząca… może trochę tak jest, ale mocniejsze jest to, że czujemy samą podróż, odczuwamy przemieszczanie się, pokonane kilometry, lokalny koloryt, zapach i temperatury. Teraz w sumie to wszystko pięknie się układa… ale czy ciągle tak będzie gdy za kilka dni przekroczymy granicę z Laosem, gdzie francuscy kolonizatorzy nie wybudowali zbyt wielu dróg, a Laotańczyków jeszcze nie stać na poprowadzenie ich w tak trudnych terenach. Oczywiście zawsze można wziąć samolot… ale to już ostateczność.

 Rozkład jazdy z Mae Sariang, pani sprzedająca bilety mieszka na stacji z gromadką dzieci

Na koniec trochę o tym jak można zaplanować podróż… Odpowiedź brzmi: NIJAK. Przykład z wczoraj: wszystkie przewodniki i kilka relacji w internecie oraz rozkład jazdy przekazują jeden zwięzły komunikat: autobusy lokalne z Soppong do Pai odjeżdżają o 10:30, 12:30, 16:00 i 18:00. Bierzemy na wszystko poprawkę i dodajemy jakieś opóźnienia. O 12:00 siadamy na przystanku – czyli ławce dookoła drzewa przy straganach. Pan, który sprzedaje bilety na minibusy, które są 3 razy droższe upiera się, że dziś nie będzie autobusu. Oho! My znamy takie numery… nie będzie autobusu, a Ty biały turysto napchany dolarami kup bilet u mnie na minivana – droższy! O nie! Takie kłamstweka Tajów wyczuwamy na kilometr. Nie będziemy frajerami… A jednak—- będziemy. Po 7 godzinach na przystanku okazało się, że żaden lokalny autobus nie przyjechał. Powód: bo tak. Każda z osób które zapytaliśmy dlaczego tak się stało odpowiadała: czasem tak bywa, nigdy nie wiesz. Więc pokornie odsiedzieliśmy swoje. Pewnie przytrafi nam się to jeszcze nie raz, więc powoli uzbrajamy się w cierpliwość (szczególnie ja, bo Mario jak rasowy Taj niczego nie bierze do siebie… :-)). Jak śpiewał Andrzej Zaucha: Selawi! C`Est la vie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s