Luang Prabang-perła francuskiego kolonializmu

Do Luang Prabang trafiliśmy akurat w czasie trwania Chińskiego Nowego Roku co sprawiło, że masa Chińczyków przyjechała tu na wakacje, zajmując wszystkie pokoje i łechtając Laotańską rządzę pieniądza. Spodziewaliśmy się, że Laos będzie tańszy od Tajlandii, ale nasze wydatki „bez szaleństw” są ok 40% wyższe niż u zachodnich sąsiadów. Miasto powitało nas 38 stopniowym upałem co sprawiło, że dni zeszły nam na snuciu się po mieście, oglądaniu przepięknych kolonialnych domów, siedzeniu nad Mekongiem i spacerowaniu nad lokalną rzeką. Wśród licznych, chińskich osobników z aparatami mieliśmy również okazję podziwiać zachód słońca z centralnie położonego wzgórza, ze złotą stupą. Dwie duże zmiany w porównaniu z Tajlandią to: bułka i kawa. Dwa dobrodziejstwa (oprócz dróg) jakie zostawili po sobie Francuzi, których też jest tu pełno. Przepyszne bagietki z warzywami i pieczonym kurczackiem, do tego mocna kawa z dodatkiem skondensowanego mleka to nasz poranny rytuał. Ceny w restauracjach są wysokie, lecz nasz niskobudżetowy nos zaprowadził nas w wąziutką uliczkę lokalnego nocnego targu gdzie za 10 000 kipów (4 pln) bierzesz talerz i nakładasz ile wejdzie. Ja okazałam się być mistrzem tej piramidy🙂 No i kawa, która przez znawców jest wychwalana, ale Laotańczycy nie bardzo mogą zrobić z niej użytek na skalę światową, ponieważ po 6 miesiącach traci ona swoje cudowne właściwości…

Luang Prabang ma do zaoferowania przyjezdnym jeszcze jedną „atrakcję” – jest to poranny (6:00) pochód mnichów, w trakcie którego daje się im ryż, banany, słodycze i pieniądze. Kiedy się obudziłam było jeszcze ciemno, Mario spał w najlepsze. Szybko wyszłam z mieszkania, miasto bardzo powoli budziło się do życia, na ulicach kilka psów, mgła nad rzeką i wśród gór. Pod świątynią tłum zaczął gęstnieć, zakupiłam koszyk ryżu i zasiadłam na chodniku, jak dziesiątki innych. O brzasku zaczął się pochód. Mnisi zaopatrzeni w duże, zdobione pojemniki zawieszone na ramionach podchodzili do klęczących i otrzymywali dary w milczeniu. Piękne chwile, jednak przez tłum, dzwięk robionych zdjęć, podjeżdżające busy z Chińczykami traciły nieco swój urok. Ten codzienny rytuał pozostanie jednak na zawsze w mojej pamięci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s