Bolaven Plateau w Laosie, wielka pętla i niezłe emocje

Droga z Luang Prabang do Pakse zajęła nam 31 godzin jazdy autobusem z przesiadką w Vientian – stolicy Laosu. Autobusy były dość wygodne, ale jak zwykle doskwierał nam mroźny powiew klimatyzacji i Laotańskie przeboje puszczane bez przerwy na cały regulator – tym razem mieliśmy również okazje oglądać teledyski… 5 dziewczyn tańczących na wozie i wokalista z kolczykiem albo chłopak, który rzucił się pod samochód swojej dziewczyny i zginął, to tylko niektóre z ckliwych opowiastek snutych w laotańskich piosenkach. Ok. Północy, kiedy kierowca puścił muzykę jeszcze głośniej, pierwszy raz w życiu myślałam, że nie opanuje się i zaraz kogoś uduszę…a to był tylko Lao Style Life:-)

Drogi w Laosie_centrum miasta

Dotarliśmy na miejsce pośrodku nocy, znaleźliśmy pierwszy lepszy pokój. Nazajutrz Pakse pokazało nam się w całej swojej okazałości, główna droga rozkopana, brzydkie, niskie budownictwo w centrum i pełne przepychu hotele, budowane przez Wietnamczyków nad Mekongiem. Ten dzień poświęciliśmy na odpoczynek, tym bardziej, że temperatura w cieniu wynosiła coś ok 40 stopni. Laos okazał się być droższy niż Tajlandia, i nawet mieścina taka jak Pakse zdziwiła nas cenami. Wieczorem, kiedy upał był do zniesienia przeszliśmy się na most (oczywiście ufundowany przez Wietnamski rząd), który łączył dwa brzegi Mekongu. By przejść na drugą stronę zeszło się 30 minut. Ja nigdy w życiu nie widziałam tak szerokiej rzeki (2 km), powolny nurt sprawiał, ze wyglądała ona jak olbrzymie jezioro.

Pies

Celem naszej wizyty w brzydkim Pakse było objechanie skuterem Bolave Plateau – płaskowyżu powstałego dawno dawno temu, który wnosi się ok 1300 m n.p.m. i poprzecinany jest licznymi rzekami i wodospadami, które chcieliśmy zobaczyć. Do tego cały region słynie z plantacji kawy, a okoliczni ludzie żyją z uprawy tej rośliny.

Zrezygnowaliśmy ze zorganizowanej wycieczki i w upalne południe wyruszyliśmy w drogę. Po wyjechaniu z Pakse widoki bardzo się zmieniły, dookoła były tylko małe wioski i plantacje. Powiew wiatru od strony płaskowyżu łagodził gorąc. Będąc tu można wybrać 2 opcje objazdu: dużą pętlę dookoła całości, oraz małą, która prowadzi tylko przez zachodnią część. Wybraliśmy to pierwsze. Droga 13 poprowadziła nas do pierwszego celu: serii wodospadów. Każdy z nich był inny: do jednego podpłynęliśmy na tratwie i znaleźliśmy ścieżkę by przejść za hektolitrami wody spadającymi z hukiem ze skał, inny zachwycił nas swoją szerokością i mnóstwem cieniutkich nitek wody tworzących piękną scenerię, a kolejny Tad Fane okazał się wypływać prosto z głębi dżungli, tworząc 2 bliźniacze kaskady o wysokości 120m. Cuda natury są pozostałością po działaniach dawnego wulkanu.

Uprzedzono nas, że jeden odcinek drogi między Pakse a Ban Beng nie będzie pokryty asfaltem, przygotowani na trudy, ruszyliśmy ok 15:00 by po dojechaniu do normalnej drogi przenocować w wiosce. Jakże naiwni byliśmy sądząc, że będzie to 2 godzinna przeprawa. Sądziliśmy, że odcinek ok 50 km. pokonamy przez ok 2-3 godziny. Ale tylko sądziliśmy. Po godzinie przeprawy przez ubitą drogę, czasem kamienistą, czasem piaszczystą, raz czerwoną, raz szarą zaczynamy wątpić czy kierunek który obraliśmy jest dobry. Zero znaków, a zapewnienia spotkanego po drodze wieśniaka nie są dla nas żadną gwarancją. Słońce zaczyna zachodzić, nasz motorek ledwo przemierza czerwony piach, maksymalna prędkość to 5-10 km/h, a za każdym razem gdy obejrzeliśmy się za siebie góry stawały się co raz ciemniejsze. Droga po 1,5 godzinie zmieniła się w przeorane pole, ja co chwila musiałam schodzić ze skutera, żeby Mario mógł przedrzeć się dalej. W końcu w oddali zobaczyliśmy most i kilka wielkich ciężarówek, uffff, jesteśmy uratowani – pomyślałam biegnąc do budowlańców. Najpierw było patrzenie w naszą mapę ze zdziwieniem, po rozpoznaniu miasta do którego zmierzaliśmy tylko pokiwali głowami, nie potrafiąc nam powiedzieć, ile jeszcze będziemy jechać.

Most okazał się być w budowie, objechaliśmy strumień dookoła i znów byliśmy na czerwonej piaskowej drodze. Za nami rdzawe słońce potęgowało odczucia. Początkowo nawet było nam do śmiechu, kiedy jednak po kolejnej półgodzinnej „jeździe” na horyzoncie pośród gór nie pojawiało się żadne światło, a 2 minięte przez nas ciężarówki obsypały nas tumanami czerwonego kurzu miny nam zrzedły. Ja uznałam, że wolę jechać z powrotem do budowlańców przy moście i spać z nimi w baraku, niż brnąć nie wiadomo gdzie przed siebie w chwili gdy zaczynało się robić bardzo ciemno. Nie muszę chyba przypominać, że latarnie, i w ogóle elektryczność w tej części Laosu to luksus… Nagle przed nami na drodze pojawia się światło skutera. I o dziwo spotykamy 2 turystów, którzy jadą w przeciwnym kierunku. Po wymianie informacji okazuje się, że za nami jest dopiero połowa drogi, dookoła nas nastaje ciemność, a dżungla otacza nas głęboką ciszą przerywaną dziwnymi dźwiękami i stukami. Postanowiliśmy nie cofać się tylko jechać powolutku przed siebie. Kilometr po kilometrze byliśmy co raz bliżej celu, dookoła czarno, światło skutera świeciło tylko 2 metry przed nami, a latarka czołówka pozwalała uniknąć większych dziur czy kolein. Ja skupiałam się tylko na jednym: nie patrzeć za siebie i na boki, bo ta czarna głębia przerażała mnie, a moja wyobraźnia podpowiadała kiepskie scenariusze. Po kolejnych 2 godzinach w napięciu, z obolałą pupą, cali spoceni i brudni jak święta ziemia, z czarnymi smarkami dotarliśmy w końcu do normalnej drogi. Szczęśliwi jak odkrywcy Ameryki, jeszcze tylko 25 km i dotrzemy do miejscowości z Guest Housami. Jednak i tym razem szczęście nam nie dopisało i kilka z nich, które odwiedziliśmy było pełnych. O dziwo natrafiliśmy na wielki miejscowy nocny festyn. Ze ściśniętymi żołądkami kupiliśmy ryż i kurczaka Pośród setki miejscowych ludzi ujrzałam białego człowieka! Mario pobiegł za nim pytając czy wie gdzie można wynająć pokój. I w ten oto sposób poznaliśmy Christiana – Szwajcara, który 2 lata temu przyjechał tu z żoną z Francji, żeby uczestniczyć w pozarządowym programie mającym na celu poprawę opieki szpitalnej w Laosie i edukację miejscowych, by mogli uprawiać ziemię. Christian był naszym wybawieniem, dał nam pokój u siebie, o poranku pyszne śniadanie i opowieść o życiu i zwyczajach w Laosie, których nie wyczytalibyśmy w żadnym przewodniku. O świcie ruszyliśmy dalej, podziwiać kolejne wodospady, które możecie zobaczyć na zdjęciach i przeżyliśmy miłą niespodziankę (o której w następnym wpisie).

Gdy dotarliśmy do naszej noclegowni, okazało się, że nastąpiła pomyłka , właściciele sądzili że przyjedziemy dopiero nazajutrz i został jeden najdroższy pokój, ale widocznie dobry duch nad nami czuwał i chcąc nam wynagrodzić trudy podróży sprawił, że chłopak w recepcji dał nam ten apartament w najtańszej cenie i to w dodatku z własną łazienką a w niej wanna!!! Żyć nie umierać. Teraz przed nami Don Det i 4 tysiące wysp w delcie Mekongu. Mamo, tato, siostry – nie martwcie się! Strudzeni lecz szczęśliwi!

2 thoughts on “Bolaven Plateau w Laosie, wielka pętla i niezłe emocje

    • Kombinowaliśmy z tym ,ale niestety trudno było coś takiego dogadać z nimi, tym bardziej ze w okolicy Bolaven najwieksze miasto z turystycznymi udogodnieniami to Pakse, i tam zaczęliśmy i skończyliśmy🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s