Walentynki na hamaku…

Si Phan Don to kraina 4 tysięcy wysp w Laosie tuż przed granicą z Kambodżą. Jest to miejsce gdzie człowiek może się zatrzymać i uprawiać tzw. chhillout, czyli nicnierobienie. Aby dotrzeć w to miejsce wyruszyliśmy busem z Pakse i jechaliśmy około dwie godziny. Dotarliśmy do miejsca, w którym są przeprawy promowe. Postanowiliśmy, że trzy noce spędzimy na największej wyspie Don Khong. Na pierwszy rzut oka wydawało nam się, że uda nam się ją obejść na piechotę, ale gdy byliśmy już na miejscu okazało się to niemożliwe. Co więcej, po wypożyczeniu rowerów i podjęciu próby objechania wyspy – nie udało nam się to, zrobiliśmy zaledwie 1/3 trasy (południową jej część) w cztery godziny. Ale to dlatego, że dostaliśmy kiepski sprzęt do jazdy i było bardzo gorąco. Mimo to wycieczka była bardzo nam się podobała. Mieszkaliśmy w miejscowości Muang Khong, w której zgrupowane były wszystkie hotele i guest housy, reszta wyspy to swojski klimat laotańskiej wsi. Jest tu bardzo cicho i spokojnie, naprawdę można tu odpocząć. Razem z Anką podładowaliśmy tu porządnie nasze akumulatory. Ale zbyt długo nie można pozostawać w jednym miejscu..

Kolejnym przystankiem na naszej trasie był Don Det – wyspa, na która jest obowiązkowym przystankiem dla każdego backpackera. Aby się tam dostać wykupiliśmy bilet z Don Khong za 40000 KIP na osobę i wcześnie rano wypłynęliśmy łodzią. Lawirowaliśmy łódką pomiędzy mniejszymi i większymi wysepkami i wirami, by po około 1,5 godzinie dotrzeć na miejsce. Ja spodziewałem się, że na wyspa będzie dzikim miejscem z kilkoma bungalowami, w których można mieszkać. Okazało się jednak, że jest to wyspa całkowicie podporządkowana turystom z plecakami. Jest bardzo dużo guest housów i jeszcze więcej miejsc gdzie można wynająć bungalow. Bardzo chcieliśmy zakwaterować się po zachodniej stronie wyspy, gdyż marzyliśmy o tym aby leżeć w hamaku i podziwiać zachód słońca. Udało się!! Ale gdy przez cały dzień czekaliśmy na wymarzone projekcje okazało się, że po tej stronie wyspy jest tak gorąco, że nie da się wytrzymać-40 stopni w cieniu plus palące promienie zachodzącego słońca. Od godzin popołudniowych marzyliśmy już tylko o tym aby ten dzień jak najszybciej się zakończył, a rano idziemy szukać nowej kwatery po wschodniej stronie. Wyruszyliśmy z samego rana, znaleźliśmy miły bungalow. Po krótkiej chwili okazało się, że domek obok nas wynajęła również para z Polski. Jaka to była radość🙂 W końcu będziemy mogli z kimś normalnie pogadać po Polsku. Inga i Maniek okazali się wspaniałymi sąsiadami. Przesiadywaliśmy długie godziny na naszej wspólnej werandzie, leżeliśmy w hamakach, piliśmy browary i nie robiliśmy nic oprócz długich godzin rozmów i małej usługi fryzjerskiej w wykonaniu Anki i Mańka. Tylko Anka nie był w pełni usatysfakcjonowana, gdyż o ile pierwszego dnia dała sobie upust w prowadzeniu konwersacji, to w kolejnych dniach nie mogła nic mówić gdyż dostała zapalenia krtani😦 Mogła jedynie szeptać, ale bardzo trudno ją było usłyszeć. Mam nadzieję, że niedługo jej to przejdzie. W nocy schodziliśmy nad Mekong, siadaliśmy w zaparkowanej tam łódce i oglądaliśmy spadające gwiazdy. A niebo jest tutaj przepiękne. Tyle gwiazd rzadko kiedy można ujrzeć w Polsce. Dziwnym uczuciem był też widok wielkiego wozu… do góry nogami. Na prawdę jesteśmy po drugiej stronie globu, do góry nogami:-)

Ostatniego dnia postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę rowerową na wyspę Don Khon, która połączona jest z Don Det mostem. Wycieczka była bardzo przyjemna, brzegiem Mekongu, który mieliśmy po lewej stronie. Wspaniałe widoki. Celem naszej wyprawy były wodospady i kaniony znajdujące się na Mekongu. Niesamowite miejsce. Ogromny obszar z wąwozami, skałami poprzecinanymi szalejącą rzeką. Jedyną rzeczą, która nas przytłoczyła były tłumy Chińczyków robiących zdjęcia tabletami, telefonami komórkowymi i aparatami. Nagle wysypali się z autobusów i zalali całe wybrzeże. Na szczęście szybko się zawinęli i było już spokojnie.

Wodospady na don Khon

To były wspaniałe pięć dni. Nie liczy się tu godzin, nie pamięta jaki jest dzień tygodnia, o mały włos a zapomnielibyśmy, że są walentynki. Dziwnie obchodzić je gdy dookoła lato… Z tego miejsca chcieliśmy podziękować Indze i Mańkowi za możliwość wspólnego nicnierobienia na Don Det🙂 No i wspólnie polecamy knajpę Pai in Lao, nazywane również Smile in Lao- za wszystko: klimat, picie i jedzenie. Niestety Oni jadą na północ Laosu, później do Tajlandii, my wyruszamy do Kambodży. I tak nasze ścieżki się rozchodzą… Może zobaczymy się kiedyś na przykład w Kołobrzegu…😉

3 thoughts on “Walentynki na hamaku…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s