Przekraczanie granicy i jazda w Kambodży

Droga do granizy z wysp (1)

Po relaksie na wyspach Si Phan Don w Laosie, granicę z Kambodżą przekraczaliśmy w Trapang Kriel. Najpierw łódka z wysp na ląd, potem bus do granicy, i Vip bus do Siem Reap. Za bilety z Don Det do Siem Reap z łodzią i autobusem zapłaciliśmy po 35$.

Mimo, że wiza wedle przepisów kosztuje 20$ niestety każdy przekraczający turysta musi dopłacić 2 dolary za wyjazd z Laosu, 1 dolara ot tak sobie i 2 dolary za przejście kwarantanny i zmierzenie temperatury. Ja miałam podwyższoną z powodu zapalenia krtani, ale pani w mundurze nawet nie zwróciła na to uwagi. Najlepszy był półnagi, przymulony francuz, popijający cały czas lekarstweko w postaci laotańskiej Whisky, oblany potem, czerwony i ledwo trzymający się na nogach. Jego Pani też przepuściła, mimo, że jak się potem okazało, kolega 13 lat temu nabawił się w Mozambiku malarii i teraz ma nawrót choroby, ale jak twierdzi daje sobie radę i … pisze książkę… Whisky dobra na wszystko!

Cały przygraniczny proceder jest nawet opisany w przewodnikach jako coś standardowego i znamy przypadki osób próbujących przekroczyć granice zgodnie wg prawa, ale zawsze koniec końców zmuszane były do zapłacenia kilku dolarów więcej. Każdy godzi się na mini „nadpłaty” – nie jest to w końcu jakiś majątek… Kambodża i Laos to bardzo biedna kraje. Codziennie spotykaliśmy dzieciaki proszące o kilka groszy, ludzie nie mają prądu, żywi i myje ich Mekong. A granicę dziennie przekracza setki osób. Każdy zostawia ponadprogramowe dolary, które trafiają w ręce umundurowanych urzędników i celników do podziału. Tysiące dolarów wypływają z rąk rządu i tworzą szarą strefę, z której nie mogą skorzystać proszące nas o datek dzieci. I to jest przygnębiające, że chcąc podróżować w tej części świata musisz wziąć w tym udział.

Droga do granizy z wysp

Po godzinie spędzonej na granicy, wręczeniu wszystkich niezbędnych łapówek mieliśmy ruszyć w ośmiogodzinną drogę do Siem Reap by zobaczyć największy kompleks świątyń na świecie: Angkor Wat. Rzeczywistość okazała się być inna…

Gdy na granicy czekaliśmy na odbiór paszportów spoglądaliśmy na stojący nieopodal wypasiony autokar, którym mieliśmy nadzieję wyruszyć w dalszą drogę. Podczas gdy ja pilnowałem plecaków Anka poszła się wypytać czy jest to nasz autobus i ewentualnie zająć w nim dobre miejsca. Niestety okazało się, że my nim nie będziemy jechać, gdyż podróżują nim bogaci Skandynawowie. Mieliśmy więc nadzieję, że nasz pojazd niedługo podjedzie. Nieopodal stał jeszcze zwykły autobus i kilka starych busów, ale nie przypuszczaliśmy, że to do nich zostaniemy zapakowani. Niestety taka była rzeczywistość. Jakże byliśmy wściekli gdy okazało się, że ogromna grupa grupa ludzi, która wspólnie z nami wyjechała z Don Det zostanie zapakowana do jednego autobusu i trzech busów. Nie pomogły prośby, błagania oraz krzyki o podstawienie dodatkowych pojazdów. Po prawie godzinie przepychanek słownych zostaliśmy zapakowani do jednego z busów i wyruszyliśmy w drogę. Była to bardzo ciężka przeprawa. Siedzieliśmy ściśnięci jak sardynki w puszcze, po cztery osoby na trzech siedzeniach w rzędzie. Nie było możliwości się ruszyć, nogi i tyłek drętwiały niemiłosiernie. Po trzech godzinach jazdy okazało się, że musimy zmienić pojazd na inny, który był w jeszcze gorszym stanie technicznym. Zostaliśmy ponownie upakowani, ale ku naszemu zdziwieniu okazało się, że doszło nam jeszcze kilka miejscowych osób. Masakra. Jeszcze bardziej upchani podróżowaliśmy kolejne kilka godzin. Około godziny 20:00 dowieziono nas do kolejnego miejsca przesiadkowego. Tym razem ostatnią część drogi mieliśmy przejechać autokarem. Niestety sytuacja powtórzyła się, gdyż osób było więcej niż dostępnych miejsc. Na szczęście, gdy autokar stał jeszcze na parkingu Anka wśliznęła się do niego niepostrzeżenie i zajęła nam dwa miejsca siedzące. Część podróżnych jechała na podłodze, a część w luku bagażowym.

Siem Reap

Gdy po północy dotarliśmy w końcu do Siem Reap okazało się, że autokar zajechał na jakieś podwórko, a brama została za nim zamknięta. Na podwórku stało kilkanaście tuk-tuków, a ich kierowcy próbowali złapać na haczyk jak najwięcej turystów. To była jedna wielka mafia przewozowa. Nie dość, że podróżowaliśmy w kiepskich warunkach to jeszcze próbowano wyciągnąć od nas jeszcze więcej pieniędzy zmuszając nas do dodatkowego wykupienia podwózki tuk-tukiem. Jednak sporo osób w końcu stanęło okoniem (w tym my) nie chcąc się na to zgodzić. Dodatkowo jedna z podróżnych – rodowita Khmerka – zagroziła, że zadzwoni po policję. Po takiej perswazji musieli w końcu otworzyć bramę, za którą czekało około 20 tuk-tuków nie należących do gangsterskiej korporacji przewozowej.

Bilet gangsterskiej firmy

Ja z Anką doczepiliśmy się do Khmerki i jej chłopaka i we czworo udaliśmy się tuk-tukiem do hotelu. To była jedna z najcięższych nocy w naszej podróży. Korporacja przewozowa, która dostarczyła nam „niezapomnianych przeżyć” nazywa się Paramount Angkor Express Bus Company. Przynajmniej tak było napisane na bilecie. Generalnie nie polecamy. 

7 thoughts on “Przekraczanie granicy i jazda w Kambodży

  1. Łaał. Współczuje tej przeprawy, ale zazdroszczę podróży. Czytam Was prawie regularnie i czasem się pomodlę, żeby nie zjadł Was tam krokodyl. Trzymajcie się, powodzenia w kolejnych wyzwaniach:)

    • Dzięki Irmina!!!🙂 ja też czasem spojrzę w niebo błagalnie, ale chyba rzeczywiście opatrzność nas nami czuwa, bo tak naprawdę nic strasznego się nam nie przytrafia

    • Kochani! dzięki wielkie, pozdrawiamy z Kep, z knajpki z widokiem na morze🙂 pijemy wasze zdrowie porannym piwkiem:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s