Kolorowe Katmandu i krótkie podsumowanie Nepalu

Katmandu przywitało nas najpiękniej jak można było sobie to wyobrazić! Świętem Holi. Całe miasto w kolorach, na ulicach rozsypany różnokolorowy pył, mokre plamy różowej pomady, kolorowe kałuże i rozwrzeszczane dzieciaki z obłędem w oczach: Jak tu jeszcze kogoś wymazać! Starsi obserwują wszystko z rezerwą, uśmiechają się pod nosem, witają nas pozdrowieniem Happy Holi!!! Pochłonęło nas na maksa. Zaczęło się niewinnie od malutkiej, czerwonej kropki między brwiami, zrobionej przez recepcjonistę… jak się skończyło – widać na zdjęciach. Zabawa przednia!

Co można napisać o Katmandu… w skrócie: mnóstwo ludzi, pomieszanie z poplątaniem, kolor, brud, mieszanka zapachów pysznego hinduskiego żarcia ze spalinami i kadzidłami ze sklepików, śmieci, hałas klaksonów, splunięcia lokalesów, piękne kobiety w sari, zrujnowane hacjendy, świątynie i ciągłe przerwy w dostawie prądu. Witaj w stolicy Nepalu. Jednogłośnie (mimo ogromnej sympatii do tego miasta, bo nawiasem mówiąc czuliśmy się tu lepiej niż w Pokharze) jest to miejsce, w którym raczej nie zamieszkalibyśmy na stałe…🙂 Niestety Nepalczycy nie wykształcili jeszcze w sobie chęci do utrzymywania swojego najbliższego otoczenia w jako takiej czystości, a to że miasto liczy powyżej 1 mln mieszkańców sprawia, że jest to jeden wielki śmietnik, gdyż prawie każdy wyrzuca śmieci gdzie popadnie. To chyba nas najbardziej bolało i uwierało, nie tylko w Katmandu ale w całym Nepalu. Tak się złożyło, że wraz z moją szanowną narzeczoną jesteśmy osobami bardzo wrażliwymi na piękno krajobrazu, a gdy ktoś tego piękna nie szanuje bardzo nas to wtedy boli i smuci. Niemniej warto poświęcić kilka dni aby posiedzieć trochę w stolicy, bo jest kilka miejsc, które z pewnością trzeba zobaczyć. Szczególnie jeżeli ktoś lubi zwiedzanie świątyń i tego typu podobne klimaty. My jednak osobiście uważamy, że jeżeli ktoś nie ma w planach jakiegoś trekkingu to przylot na kilka dni tylko po to by pozwiedzać Katmandu jest trochę bez sensu. Mimo iż za małe pieniądze można tu posiedzieć, to sam przylot do Nepalu nie jest już taki tani. Takie jest przynajmniej nasze zdanie.

Thamel

Gdzie zatrzymać się w Katmandu, jeżeli nie w dzielnicy Thamel.. Mimo iż jest to dzielnica typowo turystyczna to ma w sobie swoisty urok. Wąskie uliczki, w miarę bez śmieci, dużo knajpek (tych lokalnych – szczególnie na obrzeżach dzielnicy – i tych przeznaczonych przede wszystkim pod turystów), oczywiście mnóstwo hoteli, sklepów i różnorakich biur zajmujących się obsługą turystyki nie tylko trekkingowej. My zatrzymaliśmy się w dzielnicy Paknajol, która jest tuż przy Thamelu. Dzięki temu cena naszego hotelu nie była wygórowana – 600 NPR (7$). Aby dojść na Thamel potrzebowaliśmy 5 minut. Przez te kilka dni, które spędziliśmy w Kathmandu, uptarzyliśmy sobie pewną knajpkę, w której codziennie zamawialiśmy pierogi momo (3 porcje) i dzbanek miętowej herbaty🙂

Widok z naszego tarasu

Świątynia małp

Z Paknajol do świątyni małp wybraliśmy się na piechotę, bo było niedaleko, raptem niecałe dwa kilometry. Nie wzięliśmy poprawki na to, że sama świątynia znajduje się na wzgórzu i trzeba się będzie do niej wspinać po stromych schodach. Na dzień dobry oprócz daniny w postaci biletów 200 NPR zostaliśmy okradzeni przez małpę, która wyrwała mi z ręki pusty karton po soku. Nie dziwi więc nazwa tego miejsca, gdyż niepodzielnie władzę dzierżą tu małpy. Strzeż się więc turysto jeżeli zamierzasz przynosić tutaj ze sobą jakiekolwiek jedzenie. Albo zostaniesz napadnięty i obrabowany, albo cały czas będziesz w napięciu musiał uważać czy jakiś małpiszon nie skoczy ci na głowę w celu pozbawienia cię pożywienia tudzież. Sama świątynia z punktu widzenia religijnego jest ciekawym miejscem. My niestety już mamy pewien przesyt świątynny, dlatego za bardzo nie wgłębialiśmy się jaką rolę religijną pełni to miejsce. Strzeliliśmy, w sensie Ania strzeliła, kilka fotek i tyle. Ciekawsze było przyglądanie się jak po świątyni buszują małpy i zaczepiają nieroztropnych turystów i nie tylko. Na własne oczy widziałem jak jedna małpa ukradła kij przeznaczony do mieszania w jakichś dużych zniczach i zaczęła go sobie podgryzać. Ze świątynnego wzgórza roztacza się też panorama miasta. Przy dobrej widoczności można zrobić ciekawe fotki. My niestety trafiliśmy na zachmurzone niebo.

Patan Durbar Square

Dzielnica Patan była kolejnym miejscem, które zdecydowaliśmy się eksplorować. Od Paknajol miejsce to było znacznie bardziej oddalone, więc zdecydowaliśmy się tam pojechać taksówką (350 NPR). Mieliśmy wrażenie, że ta część jest swoistym „starym miastem” Katmandu. Stare, całkiem dobrze utrzymane kamienice, dużo świątyń (nam się podobała Golden Temple), bardzo klimatyczny Patan Durbar Square. Nic tylko zwiedzać i robić zdjęcia.

Basaktapur

Klimatem podobny do Patan Durbar Square. Nie wiem co więcej napisać, trzeba zobaczyć i już. Szczególnie, że niedaleko od Thamela i można przejść na piechotę.

Podsumowanie Nepalu:

Wiza: 40$ na osobę

Bilety lotnicze: Bangkok-Katmandu 1300 pln, Katmandu-Singapur 945 pln, na osobę. Niestety taniej się nie dało…. ;-(

Dzienne wydatki (łącznie z trekingiem, wizą, jedzeniem, spaniem, zakupami ubraniowymi, taxi, autobusami): 16,5 $ na osobę.🙂

A Mario zdobył Mount Everest!🙂 To bezcenne!

Mariusz zdobyl Everest

2 thoughts on “Kolorowe Katmandu i krótkie podsumowanie Nepalu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s