Ha Noi, Wietnam – czego się spodziewać?

Ha Noi_stara dama orientu

Przyjeżdżając do Wietnamu nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po Ha Noi. Czytaliśmy różne relacje podróżnicze. Jedne ukazywały je jako starą damę orientu z bogatą historią i egzotyczną atmosferą, inne jako toporne miasto w stylu komunistycznym. Ja cały czas miałem dziwne przeczucie, że miasto ukaże się nam jako historyczny moloch przesiąknięty potęgą Ho Chi Mina. Jak bardzo się myliłem…

Miasto tętni życiem. Na ulicach pełno jest ludzi. Chodniki zastawione małymi, plastikowymi stoliczkami i krzesełkami. Dla nas jest to oznaka, że ktoś prowadzi tu mały biznesik. Można zjeść coś, czegoś się napić. Pod wieczór chodnikowe knajpy rozlewają się wypełniając piesze ścieżki, wszystkie stołki są pozajmowane. Nie da się przejść albo z powodu ucztujących gości albo przez zaparkowane ciasno skutery. Nie ma więc wyjścia i wszyscy przechodnie maszerują uliczkami pośród pędzących jednośladów.

W ciągu dnia na ulicach jedna wielka zawierucha. Takiej ilości skuterów jeszcze w tej podróży nie widzieliśmy (co dopiero będzie działo się w Sajgonie). Wydaje się, że ludzie jadą ze wszystkich stron. Wygląda to jak ruch pszczół w ulu i na pierwszy rzut oka bardzo chaotyczny. Kiedy pierwszy raz przeszliśmy przez główną ulicę pojawiło się miłe uczucie: ZYJEMY! A jednak wszystko to ma swoją logikę i po chwili można zauważyć, że ruch przebiega całkiem płynnie, ma swój własny rytm. Na początku baliśmy się przechodzić przez ulicę, bo tu nikt nie zamierza się zatrzymywać, żeby cię przepuścić. Pierwszeństwo ma ten kto jedzie. Po pewnym czasie znaleźliśmy metodę i przywykliśmy do tego szalonego ruchu. Najważniejsze, aby pewnym krokiem przeć to przodu. Oczywiście należy być skoncentrowanym i zatrzymywać się na chwilę przepuszczając tych co pędzą szybciej. Ale większość motocyklistów widząc pieszego omija go z tyłu.

Transport w Hanoi Wietnam (6)

Obserwując Wietnamczyków na ulicach Ha Noi nasunęła nam się też inna refleksja dotycząca nas samych. My Polacy jesteśmy wstydziochami, zastanawiającymi się ciągle nad opinią innych o nas samych. Często słyszymy i stosujemy słowa: to nie wypada! Co ludzie powiedzą?! A Wietnamczyk? Wietnamczyk ma ochotę charchnąć sobie na chodniku, to to robi, nie ważne, że obryzgał Ci tym samym łydki, Pani, która przed chwilą podała Ci zupę, wraca do przerwanego pedicure robionego koło kuchenki, kelner właśnie odpala wielką faję i popija piwo, z rachunkiem przyjdzie za minutkę. Parkują gdzie chcą, zawracają kiedy chcą, krzyczą mówiąc, słuchają wietnamskiego Disco Polo na cały regulator i pasjami oglądają swoje emocjonalne telenowele. Nikt z miejscowych nie zwraca na to najmniejszej uwagi. Tylko my turyści wytrzeszczamy gały na takie rzeczy.

No i jeszcze jedna drobna rzecz. Jesteśmy tu gwiazdami. Ludzie podchodzą do nas, robią sobie z nami zdjęcie, proszą o krótką rozmowę po angielsku, pokazują nas sobie palcami, uśmiechają się do nas, by potem chichotać do siebie wzajemnie. Wolimy wierzyć w gwiazdorską teorię niż w to, że zwyczajnie śmieją się z naszej białej skóry, wzrostu, długich nóg i rąk… Największą sensację wywołała bluzka Ani z wizerunkiem sowy. Próbowaliśmy dopytać o co chodzi, jednak w odpowiedzi dostawaliśmy jedynie zakłopotany uśmieszek. Może Wy wiecie o co chodzi?

A jakie inne atrakcje ma miasto do zaproponowania? Jest kilka zabytków, które miłośnicy muzeów i świątyń będą pewnie chętni zobaczyć, a więc: Świątynia Literatury, Muzeum i Mauzoleum Ho Chi Minha, Cytadela Cesarska, One Pillar Pagoda, katedra św. Józefa oraz wiele innych, które można znaleźć w przewodnikach. My tak dla zasady zaliczyliśmy jedynie Muzeum Historii. Za to zrobiliśmy sobie spacer po mieście co pozwoliło zachwycić się kolonialną architekturą willi i budynków z czasów francuskich, których w Hanoi jest bez liku. Jedne (tak jak ambasady) pięknie odrestaurowane inne popadające w ruinę.

Niezaprzeczalnym atutem miasta jest jedzenie. Miejsc gdzie można dobrze się posilić jest całe mrowie. Problem w tym, że trzeba trochę znać wietnamski, żeby się dogadać lub zapamiętać nazwy podane w przewodniku. Bez problemu można znaleźć małe, lokalne knajpki, w których jest też menu po angielsku, albo właściciel co nieco rozumie w tym języku. Jedzenie wyśmienite. My mamy swoją ulubione miejsce na rogu Dinh Liet i Hang Bac, gdzie po klejącej się podłodze biega latlerek właścicielki, a ona sama wita uśmiechem gości by potem opierdolić męża „niewiadomozaco”. Ale bez dwóch zdań noodle soup i springrolls – palce lizać.

Ciekawym zjawiskiem jest też umiłowanie mieszkańców do posiadania własnego ptaszka… a najlepiej kilku. Świergoczą one potem zawieszone przy tarasach i balkonach, nad chodnikami w knajpkach przy wejściach do sklepu kojąc tym samym nasz słuch po całodziennym jazgocie ulicy. Inną kwestią jest to, czy są one szczęśliwe zamknięte w bambusowej klatce…

Ostatniego dnia pobytu w Hanoi mieliśmy kilka godzin wolnego czasu czekając na autobus, który ma nas przetransportować do Hue. Było gorąco jak w saunie, temperatura około 40 stopni Celsjusza. Próbowaliśmy się gdzieś ukryć przed tym upałem, ale nie było gdzie. Aby trochę o nim zapomnieć i zabić czas wybraliśmy się na wycieczkę do muzeum-więzienia Hoa Lo. Zostało ono zbudowane przez francuskich kolonialistów i służyło do przetrzymywania wietnamskich więźniów politycznych, którzy nawoływali o niepodległość Wietnamu. Później w czasach wojny w Wietnamie byli w nim przetrzymywani amerykańscy żołnierze, głównie piloci.

Nie mogę tego miejsca nazwać atrakcją turystyczną, jest to miejsce pamięci. Byli tam przetrzymywani i torturowani ludzie. Wielu z nich kończyło tam swoje życie. W jednej z sal stoi przerażający eksponat – gilotyna. Bardzo smutne miejsce.

Paradoksem jest to, że najpierw w więzieniu przetrzymywani byli Wietnamczycy, później oni przetrzymywali w nim Amerykanów. Nie żebyśmy pochwalali działania zbrojne USA w Wietnamie, jednak trzeba zaznaczyć dwuznaczność tego miejsca.

Jeszcze parę słów o tym gdzie się zatrzymaliśmy. Miejsce do spania nie trudno było znaleźć. Już w drodze z lotniska do naszego autobusu wskoczył pewien osobnik, który wypytywał się czy mamy już zarezerwowany hotel. Zaproponował nam abyśmy zatrzymali się w tym, w którym on pracuje. I tak trafiliśmy do Violet Hotel, 18 Cau Go, Hoan Kiem. Udało nam się wynegocjować cenę 10$ za noc. W pokoju pełen luksus: klima, telewizor, lodówka, wygodne łóżko. Jedyny mankament to ten, że pokój znajdował się na 4 piętrze. Ale i to można zaliczyć do zalet, bo nikt nam nie przeszkadzał. Co by nie było tak słodko publikujemy link do naszych zmagań z latającym karaluchem😉 OBEJRZYJ FILM

6 thoughts on “Ha Noi, Wietnam – czego się spodziewać?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s