Dzień z życia backpackera

Naszej podróży chyba nie można nazwać zwykłymi wakacjami. To bardziej takie życie w drodze. Zmieniliśmy otoczenie (albo inaczej: ciągle je zmieniamy!), we dwoje ruszyliśmy w świat. Ale mimo to nasze dni mają czasem swój rytm. Tak jak każdy śpimy (choć nie zawsze w łóżku;-)), budzimy się, jemy, przemieszczamy się, spotykamy ludzi. Choć jedno czego nam na pewno brakuje w planie dnia to PRACA… uff😀 Postanowiliśmy zatem przybliżyć Wam taki zwykły dzień dwójki ludzi, którzy wzięli swoje życie do plecaka i podróżują. Po pięciu miesiącach w drodze mamy już nawet swoją podróżniczą rutynę. Tak więc zapraszamy do spędzenia doby z Dobrym Rokiem🙂

Miejsce: Hoi An, Wietnam

Data: 24 Maja 2013

Występują: Mariusz Sionek i Anna Domańska

9:30

W pokoju zimno, zapomniana, nie wyłączona klimatyzacja wychłodziła naszą kryjówkę. Za oknem już od 5 rano grzeje słońce. Wilgotność powietrza 87%. Pierwsza myśl po przebudzeniu: padniemy z gorąca na twarz jak tylko wyjdziemy z „naszej lodówki”.

 Hotel o poranku

10:00

Mario bierze prysznic, ja przeglądam relacje innych podróżników, planuje dzień, zaglądam co dzieje się w Polsce, odpisuje na maile, no i oczywiście fejsik.

W hotelowym rozgardiaszu

Nad głową spokojnie buja się moskitiera. Falbankowy wyraz artyzmu Wietnamczyków przypomina nam bezę połączoną z meduzą. Dobrze, że się nie przydaje. Komary nie atakują.

Nie – nie bawimy się w pogromców duchów. Okazuje się, że jedynym atutem naszej hotelowej pościeli jest jej czystość. Fakt, że jest dziurawa schodzi na drugi plan. Za 7$ nie ma co wymagać cudów. I tak jest lepiej niż np. w Katmandu🙂

11:00

Wynurzamy się na miasto. Lekkie śniadanko w postaci warzywnego rosołku z kurczaczkiem.Zaglądamy w kartkę z odjazdami naszych autobusów. By przemieścić się po trasie 2 tysięcy kilometrów z północy na południe Wietnamu zakupiliśmy tzw. Open Ticket – otwarty bilet, który pozwala nam dowolnie wybrać 5 przystanków. Należy jedynie dzień wcześniej zgłosić, że ma się ochotę jechać dalej. Postanowione – dziś skuterowa przejażdżka po okolicy a wieczorem nocnym autobusem przemieścimy się do Da Lat – bardziej na południe.

12:30

Skwar przeczekujemy na plaży. Zagaduje nas przepiękna staruszka, poorana zmarszczkami, w uroczej piżamce. Chodzi po plaży i sprzedaje świeże owoce. Sprawnie obrała nam ananasa, najsłodszego i najbardziej soczystego jakiego jedliśmy.

13:00

Zapoznając się z lokalnymi mieszkańcami raczymy się wódeczką ryżową. Smakoszy uprzedzamy: nie ma to jak nasz polski trunek. Panowie na zagrychę proponowali obślizgłego kurczaka, ich angielski ograniczał się do dwóch słów: OK i Heloo, tak więc Mario musiał przyjąć swoją dawkę…

Być może kultura albo niechęć do opalenizny sprawiają, że Wietnamki kąpią się w a la` piżamkach. Ja w swoim bikini przykuwałam uwagę naszego nowego przyjaciela, którego świadomość po kilku głębszych znikała gdzieś, a wzrok tępo zawieszał się na moim łonie… Cóż, jeszcze rozchodniaczek i uciekamy.

Wodeczka na plazy_czemu nie (2)

15:00

Przejażdżka po okolicy. Skuterek ledwo ciągnie, wiatr lekko chłodzi. Zatrzymujemy się na chwilę w porcie. A tu obskakują nas jak zwykle natrętne przekupki. Jak możecie zauważyć ubrane są jakby w powietrzu było jakieś 15 stopni (nie 40!). Skarpetki, japonki, rękawiczki i golfik… Zestaw obowiązkowy. Już miałam dosyć grzecznego odpowiadania za prośby zakupu tysiąca niepotrzebnych gadżetów. Panie są miłe – ale ileż można!? Tak więc zaproponowałam paniom zakup jedynej cennej „rzeczy” jaką posiadam: czyli mojego Mariusza. Zapytałam, czy nie chcą kupić męża? Bardzo tani i w dobrym stanie. Błędnie myślałam, że zawstydzone dziewczyny dadzą nam spokój. Zaczęło się oglądanie towaru – i uwierzcie mi: ze szczegółami!!! Śmiechu było co niemiara. Mario w ucieczce skoczył na skuter, a tu HYC! Dwójka już przyklejona do niego. Męczący są Ci Wietnamczycy – ale za to tacy kochani!

Atak napalonych Wietnamek

15:30

W okolicy zatrzymujemy się u mieszkającej w gaju palmowym rodzinki. Zakupujemy dopiero co ściętego kokosa. Pani maczetą rachu ciachu – podaje nam orzeźwiającego drinka.

 najlepszy kokos na swiecie

16:00

Powrót do Hoi An. Spacerem po starym mieście docieramy do naszej ulubionej knajpki. Zamawiamy obiad. W podziękowaniu piszemy laurkę właścicielce.

W międzyczasie dosiada się do nas 2 Koreańczyków. Rozpijamy z nimi kilka piwek. Połamanym angielskim dostajemy zaproszenie do Sajgonu, gdzie jeden z nich jest przewodnikiem.

Piwko z nowymi znajomymi po obiedzie

18:00

Zachodzimy do Hotelu po bagaże i ruszamy pod agencję turystyczną, by wsiąść w nocny, sypialny autobus. I znów cały świat na plecach. Upał nic a nic nie zelżał, przynajmniej słońce nie jest już w zenicie i można znaleźć trochę cienia.

W drodze do autobusu

19:00

Szybka toaleta przed odjazdem.

Szybka toaleta

20:00

Już godzinę w drodze. Leżące miejsca są przystosowane stricte do azjatyckiego rozmiaru. Nauczeni doświadczeniem zajmujemy górne miejsca z przodu. Wystawiamy kopytka za kuszetki. Mario będzie czytał teraz z 5 godzin: „Dziewczynę, która igrała z ogniem”. Ja w tym czasie obejrzę jakiś film. Tym razem padło na „Cenę odwagi” z Angeliną Jolie. Znając również skłonność Wietnamczyków do choroby lokomocyjnej wkładamy zatyczki do uszu. Jakoś to przetrwamy. Nie tak się już podróżowało…😉

Dyskotekowy nocny autobus i znowu w drodze (1)

8:30 – kolejnego dnia

Dojechaliśmy. Teraz tylko znaleźć lokum. I znowu od początku… ale czy dziś będzie tak samo? Raczej nie… i to jest najcudowniejsze w podróżowaniu…

Mario kierowca autobusu

6 thoughts on “Dzień z życia backpackera

  1. Najlepszy wpis EVER! FOREVER! tyle radości i śmiechu z was miałam z rana, dziękuje kocham i trzym się😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s